A teraz – powiada Wolff – zobaczmy, co by było, gdyby w USA w latach 1983–2019 nie było żadnej inflacji. Dochody realne równałyby się nominalnym, a ich skumulowany wzrost dla średniego gospodarstwa domowego w USA wyniósłby 229 proc. W przeliczeniu na konkretne pieniądze oznaczałoby to jakieś 30 tys. dol. więcej w kieszeni średniego amerykańskiego gospodarstwa domowego. Jak dotąd wszystko zgodnie z „żelazną” logiką antyinflacyjną. Gdyby nie wzrost cen, to dochody rosłyby dużo szybciej, a przeciętny John Smith byłby dziś bardziej zamożny, prawda?

Chwileczkę, zobaczmy teraz, jak inflacja z lat 1983–2019 wpłynęła na wartość majątku posiadanego przez uśrednione amerykańskie gospodarstwo. To też dość łatwo wyliczyć. Uśredniony majątek naszego Johna Smitha to w dwóch trzecich nieruchomość mieszkalna, do tego trochę papierów wartościowych i akcji (odpowiednio po ok. 9 proc.). W omawianych latach wartość tych składników majątku zwiększyła się o ok. 52 proc. W przeliczeniu na dolary wyjdzie nam jakieś 42 tys. na plusie.

Postawmy teraz te sumy obok siebie. 30 tys. dodatkowego dochodu i 42 tys. dodatkowego majątku. Problem polega na tym, że te dwie wartości należy postrzegać w kategoriach „albo, albo”. Dlaczego tak? To proste. Chodzi o inflację. Z jednej strony inflacja zjada wzrost płac (im wyższa, tym płace realne niższe), z drugiej jednak wzrost cen przekłada się w sposób bezpośredni na wyższe wyceny nieruchomości i papierów wartościowych. Co oznacza, że inflacja pcha w górę wartość całego majątku. Niestety inflacja nie może jednocześnie rosnąć i nie rosnąć. Nie może nie zjadać wzrostu płac i w tym samym czasie windować majątku. Tak się nie da.


0 komentarzy

Dodaj komentarz

Avatar placeholder

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.